Przewodnik Sudecki klasy 0 wita!


Humor zebrany

Zbiór opowiadanek zarówno głupich jak i śmiesznych. Trochę tego krąży, a ja niektóre wyławiam i tu przyszpilam. Zastrzegam, że nie roszczę sobie praw do tych tekstów, chyba że wyraźnie to zaznaczę.

sortuj po tytułach | wg daty dodania


Wróć

Bajka o Pekapie (opracowanie własne)

autor: Qrczak

    Dawno, dawno temu, gdzieś tak około syluru, żył sobie młody chłopczyk. Jako, że nie mieli lepszego pomysłu, rodzice nadali mu na imię Pekap. Tak więc żył on sobie w ciszy i spokoju w swej rodzinnej wsi Jaworzynie Śląskiej, i snuł plany co by tu zrobić, aby stać się sławnym i bogatym.

Pewnego dnia we wsi zapanowało wielkie poruszenie. Goniec książęcy zdążający do zamku Książ po pijaku spadł z konia, i nie mógł dalej kontynuować podróży, gdyż skręcił nogę, a rączy wierzchowiec uciekł. Miejscowa gawiedź próbowała pomóc rycerzowi, ale jako, że o konia w tamtych czasach było trudno, nie mogli go na Książ szybko dostarczyć. Sytuację uratował niejaki Maćko z Imbramowic, który załadował posłańca na swą furmankę i odwiózł go do księcia. Pekap pomyślał: "Wiem! Gdy dorosnę i uzbieram trochę rubli transferowych, stworzę w całym kraju sieć zajazdów, gdzie będzie można wynająć świeże konie i dojechać gdzie tylko się da!" Chłopak wbił sobie ten pomysł do głowy i ciężko pracował przez następne dwadzieścia lat. Po tym czasie było go już stać na kilka koni, więc zainwestował, i tak pierwsza firma spedycyjna w tej części świata rozpoczęła działalność. Interesy szły coraz lepiej. Coraz więcej ludzi korzystało z przejazdów kurierskich Pekapa, ale pojawił się pewien problem. Coraz więcej koni ginęło wraz z jeźdźcami. To bezpowrotnie, to z rąk bandytów. Pekap doszedł po pewnym czasie do wniosku, że taniej i bezpieczniej będzie wozić ludzi grupami. Tak więc zorganizował przejazdy wozowe. Ludzie byli szczęśliwi, ale wielu narzekało, że są one zbyt wolne. Na to właściciel firmy na razie nie umiał poradzić. Pewnego razu Pekap pojechał odwiedzić przyjaciela Fabloka. Gdy dotarł przed jego chatę, zobaczył na podwórku duży zielony wechikuł. Po dłuższej rozmowie okazało się, że jest to urządzenie, do którego wpuszcza się cztery konie, które za pomocą sprytnego układu napędzają pojazd. Pekap kupił tę maszynę, aby wypróbować ze swoimi wozami. Zapowiadało się nieźle, bo i łatwiej było je można zaczepić, i woźnica ogonem po gębie ni dostał, ale końmi nie dało się nijak sterować. Po wizycie u wróżki Pekap znalazł i na to metodę. Na trasie przejazdu poustawiał żerdzie, które uniemożliwiały koniom zboczenie z trasy. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Po niedługim czasie konie klasyczne zastąpiono mechanicznymi identycznymi z naturalnymi, potem mniejszymi, na rzecz ich ilości. Żerdzie zostały wymienione na żeliwne wstęgi zwane szynami i ograniczono ich wysokość do dziesięciu centymetrów. Pekap stał się właścicielem i dyrektorem całej korporacji od jego imienia zwanej PKP, jego kuzyn Wars zajął się dystrybucją żywności i przewozami sypialnymi, a Fablok dostał licencję na dostarczanie pojazdów. Z czasem wozy zastąpiono luksusowymi domami na kołach z manufaktur Cegielskiego i Pafawaga i wszystko szło w jak najlepszym kierunku, dopóki nie zaczęły ginąć alu gadgety...


Autor: Beejay

    Galopujące jak konie w silniku SU-07 154 ceny bibletów lokalnego przewoźnika pasażerskiego - Pekapa - spowodowały działania dywersyjne grup uzbrojonych w śrubokręty cichociemnych turystów z woj. dolnośląskiego. A to w pociągu trasy Wrocław-Hrubieszów ktoś tabliczkę znamionową wagonu typ 111As wykręcił, a to madziarski pośpiech z aluminium ogołocono. Doszło nawet do tego, że cudowny i bardzo dobry dyrektor ds. przewozów nie miał jak umyć sobie rąk po oddaniu popołudniowego stolca w Łubiankach, bo ktoś ukradł kultową rakietkę- mydelniczkę, z wygrawerowaną inskrypcją PKP. Głośną była afera, jak to w domu szanowanego obywatela Szfajdniza k/Waldenbórga znaleziono kolekcję...... 42 kilogramów wieszaków kolejowych, w dodatku każdy z nich był inny. Jeszcze przez wiele lat wtajemniczeni łamali sobie głowy nad fenomenem jak to się stało, że zaprzyjaźniony pracownik PKP nie nakrył kolekcjonera na zbrodniczym procederze. Mijały lata, a nieodmładzany tabor posuwał się w wieku, zniechęcając podróżnych do korzystania zeń. Nawet podstawowe wygody, jak wspomniana wygódka, zostały opróżnione z mebelków (klozet miska, lósterko Plikington Glass, pedał, pedał, ómywaleczka dla lalek, klamka, rygielek w drzwiach, żarówka w suficie...), przez co zaczęli podróżować w nich turyści bez biletów. Codziennym stał się widok mknącego po torach pociągu spalinowego z czterema (trzema) ciemnozielonymi wagonami piętrowemi, zmierzającego do Szfajdnizy, w którym jedzie 12 jeleni z biletami na skajowych czerwonych kanapach i 12000 turystów bez biletów w kiblach na stojąco. Paradoksalnie szaber w wagonach miał tyż pewne plusy: spadła masa składów, więc wzrosły oszczędności z tyt. zużytej energii. Zrozpaczony, dawno już zkolektywizowany Pekap zaczął poszukiwać wyjścia z tej fatalnej sytuacji. Pojawiało się wielu magików i uzdrowicieli, którym ujęcie cichociemnych szubrawców odpowiedzialnych za katastrofę i nieopłacalność biznesu kolejowego nie wyszło. Był mistrz od styropianu i nadmorskiego miasta któremu niedola Pekapa na sercu leżała, był łysy agent co żeleźnicy żałował, był strażak wyborowy dwa razy niewypalony transport zbiorowy szanujący, byli i inni, ale nie dali sobie rady z 65.tysiącami ploretariuszy tworzących obraz instytucji PKP zwanej.

cdn, a może i nie.

© Marek 'Qrczak' Potocki, Wrocław 2005